Skip to content
300gospodarka

300gospodarka

polishCentre
300gospodarka.pl

300gospodarka

Political Position
CentreCentreRightRightLeftCentreLeft

Latest articles(277 total)

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną 
Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł.
Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem.
Siedem miast przejęło 70 proc. ofert
– Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.
Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego.
Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc.
Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start
Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy.
Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł).
Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie.
Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media.
Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł
Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami.
Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł.
Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł.
Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą
Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł.
Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie.
Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto.
Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania
Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne.
W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł.
Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów.

Przeczytaj także:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy
15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło

Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
poland

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł. Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem. Siedem miast przejęło 70 proc. ofert – Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego. Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc. Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy. Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł). Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media. Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami. Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł. Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł. Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł. Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie. Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto. Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne. W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł. Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów. Przeczytaj także: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy 15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną 
Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł.
Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem.
Siedem miast przejęło 70 proc. ofert
– Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.
Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego.
Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc.
Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start
Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy.
Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł).
Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie.
Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media.
Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł
Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami.
Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł.
Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł.
Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą
Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł.
Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie.
Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto.
Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania
Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne.
W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł.
Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów.

Przeczytaj także:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy
15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło

Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
poland

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł. Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem. Siedem miast przejęło 70 proc. ofert – Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego. Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc. Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy. Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł). Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media. Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami. Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł. Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł. Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł. Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie. Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto. Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne. W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł. Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów. Przeczytaj także: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy 15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów 
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest.
Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie.
AI przegląda strony, człowiek ocenia
DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd.
– Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy.
System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK
Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI.
Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę.
– Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny.
DRAKE już działa przy sprawach UOKiK
Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa.
DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka.
Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów.

Polecamy również:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść
Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe

Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
world

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest. Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie. AI przegląda strony, człowiek ocenia DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd. – Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy. System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI. Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę. – Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny. DRAKE już działa przy sprawach UOKiK Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa. DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka. Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów. Polecamy również: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną 
Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł.
Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem.
Siedem miast przejęło 70 proc. ofert
– Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.
Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego.
Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc.
Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start
Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy.
Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł).
Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie.
Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media.
Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł
Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami.
Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł.
Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł.
Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą
Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł.
Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie.
Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto.
Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania
Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne.
W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł.
Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów.

Przeczytaj także:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy
15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło

Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
poland

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł. Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem. Siedem miast przejęło 70 proc. ofert – Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego. Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc. Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy. Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł). Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media. Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami. Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł. Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł. Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł. Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie. Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto. Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne. W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł. Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów. Przeczytaj także: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy 15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów 
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest.
Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie.
AI przegląda strony, człowiek ocenia
DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd.
– Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy.
System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK
Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI.
Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę.
– Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny.
DRAKE już działa przy sprawach UOKiK
Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa.
DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka.
Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów.

Polecamy również:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść
Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe

Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
world

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest. Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie. AI przegląda strony, człowiek ocenia DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd. – Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy. System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI. Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę. – Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny. DRAKE już działa przy sprawach UOKiK Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa. DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka. Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów. Polecamy również: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną 
Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł.
Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem.
Siedem miast przejęło 70 proc. ofert
– Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.
Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego.
Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc.
Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start
Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy.
Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł).
Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie.
Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media.
Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł
Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami.
Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł.
Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł.
Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą
Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł.
Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie.
Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto.
Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania
Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne.
W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł.
Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów.

Przeczytaj także:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy
15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło

Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
poland

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł. Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem. Siedem miast przejęło 70 proc. ofert – Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego. Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc. Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy. Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł). Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media. Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami. Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł. Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł. Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł. Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie. Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto. Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne. W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł. Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów. Przeczytaj także: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy 15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów 
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest.
Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie.
AI przegląda strony, człowiek ocenia
DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd.
– Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy.
System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK
Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI.
Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę.
– Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny.
DRAKE już działa przy sprawach UOKiK
Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa.
DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka.
Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów.

Polecamy również:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść
Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe

Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
world

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest. Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie. AI przegląda strony, człowiek ocenia DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd. – Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy. System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI. Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę. – Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny. DRAKE już działa przy sprawach UOKiK Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa. DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka. Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów. Polecamy również: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną 
Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł.
Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem.
Siedem miast przejęło 70 proc. ofert
– Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.
Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego.
Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc.
Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start
Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy.
Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł).
Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie.
Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media.
Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł
Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami.
Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł.
Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł.
Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą
Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł.
Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie.
Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto.
Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania
Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne.
W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł.
Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów.

Przeczytaj także:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy
15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło

Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
poland

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł. Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem. Siedem miast przejęło 70 proc. ofert – Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego. Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc. Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy. Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł). Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media. Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami. Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł. Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł. Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł. Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie. Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto. Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne. W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł. Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów. Przeczytaj także: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy 15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów 
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest.
Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie.
AI przegląda strony, człowiek ocenia
DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd.
– Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy.
System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK
Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI.
Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę.
– Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny.
DRAKE już działa przy sprawach UOKiK
Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa.
DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka.
Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów.

Polecamy również:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść
Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe

Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
world

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest. Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie. AI przegląda strony, człowiek ocenia DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd. – Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy. System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI. Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę. – Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny. DRAKE już działa przy sprawach UOKiK Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa. DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka. Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów. Polecamy również: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną 
Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł.
Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem.
Siedem miast przejęło 70 proc. ofert
– Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.
Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego.
Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc.
Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start
Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy.
Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł).
Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie.
Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media.
Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł
Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami.
Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł.
Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł.
Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą
Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł.
Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie.
Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto.
Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania
Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne.
W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł.
Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów.

Przeczytaj także:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy
15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło

Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
poland

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł. Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem. Siedem miast przejęło 70 proc. ofert – Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego. Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc. Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy. Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł). Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media. Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami. Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł. Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł. Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł. Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie. Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto. Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne. W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł. Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów. Przeczytaj także: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy 15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów 
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest.
Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie.
AI przegląda strony, człowiek ocenia
DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd.
– Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy.
System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK
Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI.
Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę.
– Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny.
DRAKE już działa przy sprawach UOKiK
Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa.
DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka.
Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów.

Polecamy również:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść
Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe

Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
world

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest. Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie. AI przegląda strony, człowiek ocenia DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd. – Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy. System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI. Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę. – Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny. DRAKE już działa przy sprawach UOKiK Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa. DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka. Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów. Polecamy również: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną 
Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł.
Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem.
Siedem miast przejęło 70 proc. ofert
– Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.
Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego.
Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc.
Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start
Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy.
Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł).
Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie.
Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media.
Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł
Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami.
Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł.
Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł.
Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą
Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł.
Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie.
Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto.
Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania
Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne.
W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł.
Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów.

Przeczytaj także:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy
15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło

Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
poland

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Przed startem roku akademickiego rynek najmu znów przyspieszył. Na koniec sierpnia w serwisie Otodom dostępnych było 24,3 tys. aktywnych ogłoszeń, o 6 proc. więcej niż miesiąc wcześniej, a 70 proc. całej oferty skupiało się w siedmiu największych ośrodkach. Jednocześnie student, który chce wynająć pokój, powinien przygotować na początek średnio około 2,6 tys. zł – wynika z danych Mzuri. W Warszawie sam koszt wejścia w najem pokoju przekracza już 3,2 tys. zł. Sierpniowe odbicie podaży było najmocniejsze w tym roku. Spośród 24,3 tys. ofert aż 16,9 tys. przypadało na Łódź, Katowice, Kraków, Poznań, Trójmiasto, Wrocław i Warszawę. Rynek skupia się więc tam, gdzie studenci i pracownicy migrują za nauką oraz zatrudnieniem. Siedem miast przejęło 70 proc. ofert – Popyt rośnie przede wszystkim tam, gdzie ludzie przyjeżdżają z innych miejsc, a więc na studia czy do pracy. W ślad za nim szybko pojawia się i podaż. Dlatego rynek najmu koncentruje się głównie w dużych ośrodkach – mówi Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom. Najmocniej oferta zwiększyła się w sierpniu w Trójmieście – o 37 proc. miesiąc do miesiąca. W samym Sopocie liczba ogłoszeń wzrosła aż o 93 proc., a w Gdańsku o 36 proc. Część mieszkań wróciła na rynek długoterminowy po sezonie najmu krótkoterminowego. Więcej ofert pojawiło się też w Poznaniu, gdzie miesięczny wzrost wyniósł 14 proc., oraz w Łodzi i Białymstoku – po 12 proc. Kraków zanotował wzrost o 5 proc. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Olsztynie, gdzie podaż skurczyła się o 34 proc. W Opolu spadek wyniósł 18 proc., a w Katowicach i Zielonej Górze po 13 proc. Student potrzebuje średnio 2,6 tys. zł na start Większa liczba ogłoszeń nie rozwiązuje jednak problemu kosztów. Dane Mzuri pokazują, że student szukający pokoju w jednym z siedmiu największych ośrodków akademickich powinien mieć przygotowane przeciętnie około 2,6 tys. zł jeszcze przed podpisaniem umowy. Najdrożej jest w Warszawie. Pierwszy miesiąc najmu pokoju – po doliczeniu czynszu, opłat, kaucji i ubezpieczenia – kosztuje tam średnio 3280 zł. W Gdańsku trzeba przygotować 2962 zł, we Wrocławiu 2666 zł. Student w Lublinie na start musi mieć 2510 zł, a w Krakowie 2392 zł. Najtańsze w zestawieniu siedmiu największych miast są Poznań (2268 zł) oraz Łódź (2138 zł). Sama cena widoczna w ogłoszeniu potrafi być myląca, bo często obejmuje wyłącznie czynsz dla właściciela. Administracja i media dokładają w największych miastach od niespełna 400 do ponad 500 zł miesięcznie. Do tego dochodzi kaucja. Przy wynajmie pokoju Mzuri przyjęło równowartość miesięcznego czynszu wraz z opłatami. W Łodzi przekracza ona 1 tys. zł, w Gdańsku 1,4 tys. zł, a w Warszawie zbliża się do 1,6 tys. zł. Pieniądze wracają do najemcy po zakończeniu umowy, jeśli lokal jest w odpowiednim stanie i nie ma zaległości za media. Całe mieszkanie? Budżet rośnie nawet do ponad 10 tys. zł Jeszcze większej gotówki na początku wymagają kawalerki i mieszkania dwupokojowe. Przy całych lokalach częściej pojawia się prowizja pośrednika. Mzuri w swoich wyliczeniach przyjęło ją na poziomie 70 proc. miesięcznego czynszu wraz z opłatami. Na start przy wynajmie kawalerki trzeba mieć od około 5 tys. zł w Łodzi do około 7,5 tys. zł w Warszawie. Dwupokojowe mieszkanie podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej: około 7-8 tys. zł potrzeba w Łodzi, Lublinie czy Poznaniu, ponad 9 tys. zł we Wrocławiu i Gdańsku, a w Warszawie najemca musi mieć już ponad 10 tys. zł. Część tej kwoty jest zwrotna, bo stanowi kaucję. Na części wydatków można też zaoszczędzić, wynajmując bez pośrednika, czyli wprost od właściciela lokalu. Według Mzuri w zależności od miasta może to zostawić w kieszeni przeciętnie od prawie 1,3 tys. do ponad 2,6 tys. zł. Czynsze stabilne, ale Warszawa daleko przed resztą Sierpień nie przyniósł gwałtownego skoku stawek za całe mieszkania. Średni czynsz liczony dla 16 miast wojewódzkich wyniósł 2711 zł, czyli o 0,5 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1 proc. mniej niż rok temu. Gdy jednak uwzględnimy różną wielkość lokalnych rynków, średnia rośnie do 3573 zł. Rozpiętość między miastami jest ogromna. W stolicy przeciętny miesięczny czynsz wynosił 4900 zł, podczas gdy w Kielcach 2082 zł. Różnica sięga więc około 2,8 tys. zł – mniej więcej tyle, ile kosztuje miesięczny najem w Szczecinie. Najmocniej rok do roku podrożał Olsztyn – o 8,1 proc. W Krakowie i Rzeszowie stawki spadły natomiast o 5,1 proc. W samym sierpniu wzrost cen zanotowały m.in. Białystok i Wrocław, a spadki Szczecin i Trójmiasto. Pokoje doganiają całe mieszkania pod względem zainteresowania Zmieniają się też preferencje najemców. W 2020 r. ogłoszenia całych mieszkań generowały średnio trzykrotnie więcej odpowiedzi niż oferty pokoi. Dziś zainteresowanie obiema formami najmu jest już porównywalne. W Otodom dostępnych jest obecnie około 2,2 tys. ofert pokoi. W przypadku osób mieszkających samotnie i studentów taka opcja staje się alternatywą dla całego mieszkania, bo różnica w miesięcznych kosztach może sięgać około 2 tys. zł. Jednocześnie w żadnym mieście wojewódzkim najpopularniejszym filtrem przy wyszukiwaniu mieszkania dwupokojowego nie jest już cena do 2 tys. zł. Rynek najmu właśnie wchodzi w najgorętszy moment sezonu akademickiego. Według Mzuri, przy tempie zawierania umów obserwowanym w ostatnich dwóch tygodniach, dostępna oferta wystarczyłaby na około 14,5 dnia. W kolejnych dniach wskaźnik może spaść poniżej 10 dni, choć część lokali wraca jednocześnie na rynek po zakończeniu wcześniejszych umów. Przeczytaj także: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Rynek najmu ma nowy instytut. Dane pokazują, czego boją się właściciele i najemcy 15 mld zł na świadczenia rodzinne. Beneficjentów jednak wyraźnie ubyło Artykuł Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe 
Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF).
Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne.
Trzy zbiory w dwa lata
Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu.
Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę.
Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom.
– Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet.
Popyt może napędzać lotnictwo
Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji.
Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych.
W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie.
Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności.
Branża chce bardziej elastycznych przepisów
Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa.
Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę.
– Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet.
Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów.

Przeczytaj także:

Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną
Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać
Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty

Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Rolnicy mogą zyskać dodatkowe źródło dochodu z tego samego areału, a sektor paliw odnawialnych – nowy surowiec. Chodzi o uprawy międzyplonowe, takie jak słonecznik o krótkim okresie wegetacji, który można wysiewać między głównymi uprawami. Według przedstawicieli branży takie rozwiązanie pozwala uzyskać nawet trzy zbiory w ciągu dwóch lat i może dostarczać surowca m.in. do produkcji zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). Temat pojawił się podczas konferencji „Biopaliwa transportowe, którą Krajowa Izba Biopaliw zorganizowała w dniach 23-24 września. Etienne Bouquet z Corteva Agriscience mówił tam o wykorzystaniu słonecznika uprawianego jako międzyplon do produkcji SAF, czyli paliwa lotniczego wytwarzanego z surowców innych niż tradycyjne paliwa kopalne. Trzy zbiory w dwa lata Mechanizm jest stosunkowo prosty. Słonecznik o krótkim okresie wegetacji można wysiać pomiędzy dwiema uprawami głównymi. Dzięki temu rolnik wykorzystuje pole także w okresie, w którym grunt w innym przypadku mógłby nie przynosić plonu. Nasiona takiego słonecznika mogą później trafić do produkcji paliw odnawialnych, w tym zrównoważonego paliwa lotniczego. Dla gospodarstwa oznaczałoby to dodatkowy rynek zbytu bez konieczności rezygnacji z podstawowej uprawy przeznaczonej na żywność lub paszę. Międzyplony mogą też pełnić funkcję agronomiczną. Według Cortevy słonecznik może ograniczać zagęszczenie gleby, zwiększać zawartość materii organicznej i pomagać zatrzymywać składniki pokarmowe. Roślina zapewnia również pożywienie zapylaczom. – Uprawy międzyplonowe mogą dać rolnikom możliwość uzyskania dodatkowego dochodu z tego samego areału, a jednocześnie przynosić korzyści całemu systemowi produkcji rolnej. Kluczowe jest ich włączenie do istniejących płodozmianów bez wypierania podstawowych upraw przeznaczonych na żywność lub paszę – mówił Etienne Bouquet. Popyt może napędzać lotnictwo Nowego rynku dla takich upraw branża szuka m.in. w lotnictwie. Unijne cele przewidują, że udział zrównoważonych paliw lotniczych ma wynosić 2 proc. od 2025 r., 6 proc. w 2030 r. i następnie 70 proc. w 2050 r. Rosnące zapotrzebowanie na SAF może więc zwiększać popyt na surowce roślinne wykorzystywane do jego produkcji. Corteva już rozwija projekty związane z takim kierunkiem. W 2023 r. firma wraz z Bunge i Chevronem ogłosiła współpracę dotyczącą własnych odmian hybryd rzepaku ozimego jako niskoemisyjnego surowca do paliw odnawialnych. W 2026 r. Corteva i bp powołały natomiast spółkę joint venture Etlas. Jej zadaniem ma być produkcja roślinnych surowców do biopaliw, w tym SAF. Pierwsze dostawy zaplanowano na 2027 r., a w połowie lat 30. firma chce produkować milion ton surowca rocznie. Założenie jest takie, aby materiał pochodził z istniejących gruntów rolnych, często z upraw prowadzonych między głównymi sezonami. Taki model ma ograniczyć konkurencję między produkcją paliw a produkcją żywności. Branża chce bardziej elastycznych przepisów Rozwój rynku międzyplonów zależy jednak również od regulacji. Przedstawiciele branży przekonują, że przepisy powinny uwzględniać różnice między regionami, m.in. pod względem pogody, rodzaju gleby i sposobu prowadzenia gospodarstwa. Problemem mogą być zwłaszcza sztywne terminy kalendarzowe, które nie zawsze odpowiadają warunkom panującym na polu. Zamiast nich branża proponuje kryteria oparte na parametrach agronomicznych i środowiskowych. Jednocześnie regulacje miałyby zabezpieczać przed sytuacją, w której międzyplon zaczyna wypierać główną uprawę. – Rolnicy potrzebują przepisów, które uwzględniają realia prowadzenia gospodarstw. Uprawy międzyplonowe są już ugruntowanym elementem płodozmianów w wielu regionach Europy, a ich znaczenie powinno być oceniane na podstawie rzeczywistych korzyści agronomicznych i środowiskowych – mówił Bouquet. Jeżeli taki model się upowszechni, jedno pole może pełnić kilka funkcji w kolejnych częściach sezonu: dostarczać podstawowej produkcji rolnej, dodatkowego plonu i surowca dla sektora paliw odnawialnych. Z perspektywy rolników najważniejsze będzie jednak to, czy za tym potencjałem pójdzie stabilny popyt oraz przepisy, które pozwolą międzyplony sprawnie włączyć do obecnych płodozmianów. Przeczytaj także: Zanim student wprowadzi się do pokoju, potrzebuje 2,6 tys. zł. Przy mieszkaniu koszty na start rosną Inwestorzy wciąż się wahają. Te start-upy muszą udowodnić, że misja może zarabiać Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Artykuł Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe 
Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy.
Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji.
Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI.
Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki
Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie.
Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki.
Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników.
Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome.
Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności.
Zakaz łatwo ominąć
Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą).
Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie.
Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach:

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona
Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne.
Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie.
Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych.
Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią.
Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci.

Polecamy także:

Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru
Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet
„Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami

Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
austria

Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe Konto w mediach społecznościowych dopiero od 15 lat, maksymalnie godzina dziennie, koniec nocnych powiadomień i nieskończonego przewijania treści. Komisja Europejska proponuje daleko idące zasady mające zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w internecie. Doświadczenia Australii pokazują jednak, że nawet surowy zakaz może okazać się znacznie łatwiejszy do obejścia, niż zakładali regulatorzy. Komisja Europejska (KE) dołączyła do grupy inicjatorów działań mających na celu ograniczenie dostępu małoletnich do niebezpiecznych i nieodpowiednich treści online. W ubiegłym tygodniu opublikowano unijny projekt rozporządzenia dotyczącego bezpieczeństwa dzieci w internecie. Zdaniem Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) na uwagę zasługuje kompleksowy charakter propozycji. Uwzględnia ona nie tylko ograniczenia wieku legalnego dostępu do mediów społecznościowych i platform video, ale także aktywnie angażuje rodziców i opiekunów prawnych w kontrolę nad aktywnością dzieci na tych platformach. Nakłada również szereg obowiązków na firmy będące dostawcami usług w postaci serwisów społecznościowych, platform udostępniania, gier video, chatbotów i „towarzyszy AI. Platformy społecznościowe dostaną nowe obowiązki Proponowane przepisy zakazują zakładania własnych kont w serwisach społecznościowych dzieciom poniżej 15. roku życia. Nastolatkowie w wieku 13-15 lat mogą korzystać z kont zakładanych i nadzorowanych przez rodziców lub opiekunów (z limitem kontaktów). Dzieci poniżej 13. roku życia mogą mieć dostęp jedynie do przyjaznych dzieciom serwisów za pośrednictwem kont rodziców lub opiekunów. W obu przypadkach obowiązuje ograniczenie czasu korzystania z usług do godziny dziennie. Znaczna część nowej regulacji odnosi się do dostawców wymienionych wyżej usług i nakłada na nich nowe obowiązki. Po pierwsze, musieliby weryfikować wiek użytkownika (za pomocą narzędzia z listy zatwierdzonej przez KE), a nie polegać na deklaracjach użytkowników. Po drugie, firmy miałyby zapewnić bezpieczeństwo dzieci na poziomie projektowania swoich usług. W szczególności nie mogłyby korzystać z algorytmów uzależniających, umożliwiać nieograniczonego przewijania treści czy wysyłać powiadomień w godzinach nocnych. Regulacje nałożyłyby też obowiązek, by platformy ograniczały możliwości nawiązania kontaktu z dziećmi przez osoby nieznajome. Za naruszenia przewidziano kary w wysokości nawet 6 proc. globalnego rocznego obrotu. Zdaniem PIE mimo tak szeroko zakrojonej propozycji, dotychczasowe przykłady mogą wzbudzać wątpliwości co do jej skuteczności. Zakaz łatwo ominąć Przykład Australii obrazuje, że mimo obowiązującego od grudnia 2025 r. zakazu korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, przez wiele miesięcy zakaz był martwym przepisem. Nie wszystkie platformy weryfikowały wiek użytkowników. W przypadku innych weryfikację wieku za pomocą narzędzi rozpoznawania twarzy i skanu dokumentów ze zdjęciem obchodzono, posługując się cudzymi zdjęciami i dokumentami (w tym rodziców, nawet za ich zgodą). Rezultat? Chociaż udało się zablokować wiele kont małoletnich użytkowników, znaczny odsetek użytkowników poniżej 16. roku życia nadal korzystał ze znanych platform nielegalnie. Poniższa tabela przedstawia, jakie regulacje wprowadzono lub są planowane w niektórych państwach: Odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci będzie podzielona Bardzo ważnym elementem unijnych propozycji jest aktywne włączenie rodziców w system ochrony dzieci. Nie wystarczy jednak samo zapewnienie rodzicom narzędzi kontroli. Niezbędne jest także uświadamianie, dlaczego ograniczanie i weryfikowanie dostępu dzieci do platform online jest tak ważne. Z badania NASK wynika, że polscy rodzice często ograniczają kontrolę i zaangażowanie, gdy ich dzieci osiągają wiek 10-13 lat. A właśnie wtedy małoletni są najbardziej narażeni na zagrożenia w internecie. Niezwykle ważna jest też koordynacja działań na poziomie konkretnych społeczności, zmniejszająca presję społeczną na korzystanie z urządzeń cyfrowych. Przykładem może być brytyjska inicjatywa paktu rodzicielskiego Smartphone Free Childhood, która doprowadziła w niektórych szkołach do radykalnego spadku odsetka dzieci posiadających własne smartfony i mających dostęp do mediów społecznościowych. Zawarte w propozycji KE rozwiązania wychodzą naprzeciw wielu rozpoznanym przez specjalistów problemom wynikającym z nadmiernego i niekontrolowanego korzystania z mediów i usług cyfrowych przez małoletnich. Chodzi tu m.in. o uzależnienia, zaburzenia snu, nadmierną potrzebę aprobaty rówieśników i brak aktywności fizycznej. Inne zagrożenia to nawiązywanie niebezpiecznych znajomości online i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami poza siecią. Zdaniem PIE sam fakt uregulowania tej sfery w konkretnych przepisach jest ważnym posunięciem. Zwłaszcza że regulacje będą wprost wskazywać odpowiedzialność poszczególnych podmiotów za bezpieczeństwo dzieci w sieci. Polecamy także: Korniki zamiast krewetek. Badacz AGH szuka polskiego źródła cennego biopolimeru Bieżące potrzeby wygrywają z przyszłością. Tak rodzice dzielą domowy budżet „Gdzie kupić? zamiast „czy to bezpieczne?. Tak Polacy interesują się kryptowalutami Artykuł Koniec nocnych powiadomień i nieskończonego scrollowania. UE bierze na cel platformy społecznościowe pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów 
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest.
Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie.
AI przegląda strony, człowiek ocenia
DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd.
– Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy.
System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK
Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI.
Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę.
– Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny.
DRAKE już działa przy sprawach UOKiK
Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa.
DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka.
Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów.

Polecamy również:

Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty
Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść
Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe

Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.
world

AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wykorzystuje sztuczną inteligencję do tropienia tzw. dark patterns, czyli takich elementów stron i aplikacji, które mogą skłaniać konsumenta do decyzji, jakiej normalnie by nie podjął. Narzędzie DRAKE analizuje treść, wygląd i kod serwisów internetowych, a następnie wskazuje miejsca wymagające uwagi urzędników. Projekt zdobył pierwsze miejsce w kategorii Busting Dark Patterns w konkursie 2026 ICPEN – World Bank Group Consumer Protection Contest. Do dark patterns należą m.in. fałszywe liczniki czasu do końca promocji, ukrywanie przycisku rezygnacji albo projektowanie zgody tak, by jej udzielenie było prostsze niż odmowa. Problemem jest skala: sklepy internetowe, aplikacje i serwisy zmieniają się szybciej, niż urzędnicy są w stanie analizować je ręcznie. AI przegląda strony, człowiek ocenia DRAKE ma odciążyć ekspertów UOKiK w pierwszym etapie analizy. System korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby szybciej przeglądać dużą liczbę stron i wychwytywać elementy, które mogą wprowadzać konsumentów w błąd. – Rynek cyfrowy zmienia się bardzo szybko, a wraz z nim techniki wpływające na decyzje konsumentów. Dlatego także po stronie ochrony konsumentów potrzebujemy nowoczesnych narzędzi. DRAKE pozwala nam szybciej docierać do miejsc, które wymagają uwagi. Sztuczna inteligencja nie zastępuje ekspertów – daje im więcej możliwości i pomaga skuteczniej działać w środowisku cyfrowym – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Urząd nie traktuje jednak wyniku systemu jak gotowej decyzji. DRAKE nie ocenia zgodności z prawem, nie stwierdza naruszeń i nie rozstrzyga spraw. Jego zadaniem jest jedynie wytypowanie miejsc, którym powinien przyjrzeć się człowiek. Zatem ekspert może zmienić każde ustalenie systemu. Jeśli AI sygnalizuje możliwe naruszenie, pracownik UOKiK samodzielnie sprawdza materiał źródłowy, w tym stronę przedsiębiorcy, a dopiero później decyduje, jak wykorzystać wynik analizy. System powstał na bazie wcześniejszych spraw UOKiK Za modelem nie stoi wyłącznie kod. UOKiK najpierw zebrał doświadczenia z wcześniejszych postępowań, analizował kod źródłowy stron internetowych, prowadził badania konsumenckie z użyciem metod neuromarketingowych i ankietowych, a także sięgnął do literatury naukowej i dokumentów unijnych. Na tej podstawie zbudowano bazę informacji wykorzystywaną przez system AI. Dark patterns często nie wyglądają jak oczywiste oszustwo. Manipulacja może kryć się w kolorze przycisku, liczbie kroków potrzebnych do odmowy albo w sztucznie ustawionym liczniku czasu. System ma pomagać wychwytywać takie mechanizmy na większą skalę. – Manipulacja w sieci może być ukryta w kolorze przycisku, kilku dodatkowych krokach potrzebnych do odmowy czy fałszywym liczniku czasu. DRAKE pomaga nam dostrzegać takie mechanizmy na większą skalę. Technologia podpowiada, gdzie spojrzeć, ale to człowiek ocenia, czy zostało naruszone prawo – mówi Tomasz Chróstny. DRAKE już działa przy sprawach UOKiK Narzędzie jest wykorzystywane w bieżących analizach urzędu. UOKiK używa go m.in. na wstępnym etapie postępowań wyjaśniających dotyczących praktyk siedmiu bukmacherów. Sprawy nadal trwają, a wyniki pracy systemu nie przesądzają ani o wszczęciu postępowania, ani o stwierdzeniu naruszenia prawa. DRAKE ma więc działać jako filtr i narzędzie pomocnicze, a nie automatyczny sędzia. Przy tysiącach zmieniających się serwisów urząd może dzięki niemu szybciej wybrać te przypadki, które wymagają dalszej analizy człowieka. Projekt zdobył nagrodę w konkursie organizowanym przez ICPEN, czyli Międzynarodową Sieć Ochrony Konsumentów, i Grupę Banku Światowego. UOKiK wygrał kategorię Busting Dark Patterns. Projekt sfinansowano ze środków Unii Europejskiej, a urząd dzieli się doświadczeniami z jego wdrażania z zagranicznymi organami ochrony konsumentów. Polecamy również: Londyn ograniczył najbardziej emisyjne auta i płuca dzieci zaczęły nadrabiać straty Najwięksi gracze AI ostrzegają przed zagładą. Strach może jednak działać na ich korzyść Rolnicy mogą zarobić więcej na tym samym polu. Pomóc mają uprawy międzyplonowe Artykuł AI analizuje strony dla UOKiK. Szuka mechanizmów wpływających na konsumentów pochodzi z serwisu 300Gospodarka.pl.